WSPOMNIENIA Z LAT SZKOLNYCH (1953-1960)
PANI TERESY EMANOWICZ
Moi nauczyciele
Kierownikiem szkoły był pan Czesław Sobieszek.
Pani Janina Sobieszek - nauczyciel śpiewu - pięknie grała na skrzypcach, była opiekunką chóru szkolnego.
Pani Janina Rojek - nauczycielka języka polskiego, szkolna bibliotekarka.
Pan Jan Rojek - nauczyciel biologii, rysunku, wychowania fizycznego.
Państwo Rojkowie i pani Janina Sobieszek uczyli również klasy młodsze wszystkich przedmiotów.
Ksiądz Adam Szeląg uczył religii. Zastąpił go ksiądz Mroczek. Na religii odbywała się praktyczna nauka zachowania podczas chrztu, ślubu. Moja lalka służyła jako dziecko. Wszystkie te "uroczystości" odbywały się na lekcjach. To była frajda.
Gdy zdałam do piątej klasy, pracę w szkole rozpoczęła pani Stanisława Łukasiewicz - uczyła języka rosyjskiego. Po dwóch latach przeniosła się do Pionek. Na jej miejsce w 1958 r. zatrudniono panią Irenę Szewczyk.
Woźną w szkole była pani Zioło, która wyjechała, a do pracy przyszła pani Irena Kiełbasa.
Pierwszym moim wychowawcą i nauczycielem od pierwszej klasy był pan Jan Rojek. Byłam najmniejsza w klasie. Nazywałam się Cybula, więc zdrobniale najpierw On, a później wszyscy pieszczotliwie zwracali się do mnie "Cybulka". Siedziałam zawsze w pierwszej ławce. Pan Rojek, zdarzało się to często, nosił mnie na rękach, na wiele mi pozwalał, w związku z tym rozbestwiłam się strasznie i ... co tu dużo mówić, sprawiałam później wiele kłopotów... różnej natury.
Państwo Rojkowie byli bezdzietni. Pan Rojek bardzo lubił dzieci, na wiele im pozwalał. Te niewdzięczne istoty nie poddawały się w zamian za to żadnej dyscyplinie i często w złośliwy sposób dokuczały.
Uczniowie nie korzystali z ulg, jeśli chodzi o wiedzę. Bardzo często powtarzali klasy.
Dni, które pamiętam...
Zapis do szkoły odbywał się w kancelarii. Przyprowadziła mnie mama. Pan Sobieszek pytał mnie, jak się nazywam, czy znam litery, czy potrafię czytać, ile mam lat. Przy zapisie brano pod uwagę tylko te informacje, które podali rodzice.
Kancelaria wydawała się ogromnym pomieszczeniem. Wielki stół, oszklone szafy, w których umieszczone były różne dziwne przedmioty - jak się później okazało pomoce naukowe. W kącie stały różnej wysokości kije okręcone płótnem - wtedy nie wiedziałam, że tak wygląda zwinięta mapa.
Gdy kończyłam szkołę podstawową, należało przynieść akt urodzenia. Okazało się, że w aktach stanu cywilnego nigdzie nie ma takiej osoby. W związku z tym nastąpiły moje drugie narodziny poprzedzone zeznaniami świadków.
W klasie siódmej - w czerwcu - całą klasą uciekliśmy panu Rojkowi z lekcji biologii na... grządki, żeby pomóc je odchwaścić. Wołał nas na lekcje. Nikt nie posłuchał. Efekt końcowy był taki, że nikt nie dostał nagrody. Rodzice byli wezwani do szkoły. Ja dostałam lanie. To nie był mój ostatni wybryk. Do dziś wstydzę się moich głupich zachowań z durnego dziecięcego okresu, ale mam również świadomość, że z szalonych dzieci wyrastają w miarę normalni dorośli ludzie, pod warunkiem, że wyciągną odpowiednie wnioski ze swoich zachowań.
... Na jednym z przedstawień byłam krasnoludkiem opowiadającym o tym, co się dzieje w lesie i jak żyją krasnoludki. To była bomba! Zastosowaliśmy trick. Krasnoludek był malutki... Wszystkim dzieciom oczy wychodziły z orbit.
Szkolne organizacje, występy
Pani Janina Sobieszek pięknie grała na skrzypcach. Uczyła śpiewu, geografii i języka polskiego. Prowadziła chór szkolny, który rozsławiał szkołę nie tylko w powiecie kozienickim, ale w całym województwie kieleckim.
Prowadziła również harcerstwo, początkowo tzw. "czerwone" na wzór pionierów. Później harcerze wrócili do szarych mundurków. Odbywały się zbiórki, na które wszyscy członkowie chętnie przychodzili.
W tamtych czasach wędrówki, ogniska, zdobywanie sprawności, zabawy w teatr, tańce stanowiły ogromną atrakcję. Na występy zapraszani byli rodzice.
Najbardziej uroczysta była zawsze choinka noworoczna, do której przygotowania rozpoczynały się już na początku grudnia. Próby odbywały się po lekcjach. Były inscenizacje, deklamacje, skecze, teatrzyk kukiełkowy, tańce - trojak, krakowiak. Cały spektakl trwał około 2 - 3 godz. Dekoracje i kostiumy pomagali wykonać rodzice.
Szkoła miała własne stroje do krakowiaka i trojaka. Zabawki do przystrojenia choinki robiliśmy sami na pracach ręcznych ze słomy, papieru, wydmuszek. Występy kończyły się wtedy, gdy pani Sobieszkowa grała na skrzypcach kolędy. Zaczynała się zabawa taneczna. Grajek na akordeonie, pełna iluminacja dwóch 60W lub 100W żarówek, a na krzesłach rozstawionych dookoła klasy siedzieli rodzice i patrzyli, jak się bawią dzieci. Strojem była biała bluzka i granatowa plisowana spódniczka.
Dzień Nauczyciela obchodzony był bardzo uroczyście dzięki staraniom Komitetu Rodzicielskiego. Rodzice zbierali pieniądze. Kupowali upominki. Odbywało się wielkie pieczenie i gotowanie, a w sobotę zabawa do białego rana.
Wycieczki
Wycieczki - to było coś niesamowitego. Nie były to wycieczki z jednej szkoły, lecz z kilkunastu szkół - pewnie z całego powiatu. Dzieci raz w roku jechały na wycieczkę specjalnym pociągiem na dwa lub trzy dni. Przywilej udziału w takiej imprezie miały dzieci od 5. do 7. klasy. Młodsze siedziały w domu.
Na pierwszej trzydniowej wycieczce - Kraków - Wieliczka - Oświęcim - byłam w 6. klasie. Całą noc jechaliśmy pociągiem. Spaliśmy na terenie obozu koncentracyjnego, do dziś czuję zapach obozu. Baliśmy się bardzo.
Pierwszy raz byłam w prawdziwym teatrze - im. J. Słowackiego. Był to spektakl specjalnie dla dzieci: słowno - muzyczny. Pamiętam nawet słowa piosenki, którą śpiewaliśmy z prowadzącą aktorką, a poza tym kopalnię soli w Wieliczce, Wawel... i wiele innych rzeczy.
Żywiono nas w restauracjach obsługiwanych przez kelnerów. Dla dziecka ze wsi było to ogromne przeżycie.
W klasie siódmej byłam na dwudniowej wycieczce w Warszawie. Też bardzo dużo zapamiętałam.
Biedne dzieci i bardzo dobrzy uczniowie mieli dofinansowanie z komitetu rodzicielskiego. Na wycieczkach kwitło również życie towarzyskie. Poznawało się rówieśników, wymieniało adresy itp. Przed wycieczką było zawsze spotkanie organizacyjne z rodzicami. Rodzice byli informowani, co trzeba dziecku przygotować na wyprawę. Uczniowie w SKO gromadzili oszczędności pochodzące ze sprzedaży butelek, makulatury, od rodziców. |
 |
Uczniowie, którzy należeli do chóru szkolnego, wyjeżdżali na występy. Ja z tego przywileju nie korzystałam. Pani Sobieszek stwierdziła absolutny brak słuchu muzycznego. Całe życie podstawowe miałam 3 ze śpiewu.
Budynek szkoły
Budynek szkoły wykonany został z czerwonej cegły.
Na parterze pomieszczenia od strony boiska przeznaczone były na mieszkanie dla kierownika szkoły.
Jedną salę zajmowało przedszkole, do którego chodziły dzieci z rodzin nieposiadających ziemi, utrzymujących się z pracy w fabryce w Pionkach. W końcu korytarza był kuchnia przedszkola. Przedszkole przeniesiono w 1955 r.
Nie było bieżącej wody. Korzystano ze studni znajdującej się na placu szkolnym.
Jedna sala na parterze i trzy na piętrze przeznaczone były na sale lekcyjne. Nauka odbywała się na zmiany.
W piwnicy był skład opałowy.
Na korytarzach do ścian przymocowane były listwy i wieszaki na ubrania. Obuwia nie zmieniano.
Podłogi myte były raz w roku w czasie wakacji i smarowane tłustym pyłochłonem, który miał niezbyt przyjemny zapach.
Poręcz przy schodach służyła za zjeżdżalnię. W trosce o bezpieczeństwo uczniów wmontowano haki zrobione przez miejscowego kowala.
Ściany w całym budynku pomalowane były w urzędowym kolorze ugier jasny, lamperie w tym samym kolorze tylko olejną farbą.
Na korytarzach i w klasach ustawione były w rogach spluwaczki.
W każdej sali były ciężkie drewniane ławki z pochyłym pulpitem. Na środku był otwór na kałamarz. Dyżurni uzupełniali atrament. Kałamarze były wykorzystywane jak pojemniki na śmieci. Wszyscy pisali stalówkami, a młodsze dzieci ołówkiem. |
 |
W klasach był "kącik czystości" - taboret, miednica, kubek, mydelniczka, 2 wiadra - na czystą wodę i na brudną. Dyżurni i członkowie PCK (organizacją tą opiekował się pan Rojek) czuwali nad stanem higienicznym tego przybytku czystości. Dzieci dostawały na przerwie tran - ustawiała się kolejka i wszyscy pili z jednej łyżeczki.
W jednej z sal stały szafy z książkami - to była biblioteczka szkolna.
W szkole było zimno.
Na placu przed szkołą były ławeczki zrobione z desek i wbitych w ziemię pali. Za szkołą było boisko. Od strony południowej rosły drzewa owocowe, ziemniaki. Od strony północnej był ogród warzywny państwa Sobieszków. Za starą ubikacją były grządki państwa Rojków. Uczniowie podkradali jabłka i gruszki.
POWRÓT
NA STONĘ BIBLIOTEKI |